Tekst pisany 30 marca, tuż po powrocie. Dodany nieco...później...
Jest czwartek około 21:30, wracam od Ani do domu, gdy nagle dzwoni telefon. Odbieram, bo widzę, ze to szefowa. Różne myśli przychodzą do głowy. Pewnie coś spieprzyłem w pracy, że dzwoni o tej porze. No ale słyszę w słuchawce: „Cześć Łukasz. Przepraszam, że tak późno dzwonię, ale właśnie sprzedaliśmy usługę courier on board i zostałeś wybrany, do jej realizacji. Poza tym jestem Ci to winna za nieudany poprzedni raz. Także jutro o 6 rano masz samolot do Manchesteru. Jak się wszystko potwierdzi dalsze informacje dostaniesz od Daniela…”. Lekki szok, no ale się ucieszyłem. Takie sytuacje nie zdarzają się zbyt często, a w Anglii jeszcze nie byłem.
W domu szybkie przygotowania. Nie mogę wziąć ze sobą zbyt wielu rzeczy, bo przesyłkę jako bagaż podręczny biorę przesyłkę. Z tych drobnych przygotowań zrobiła się 1 w nocy, a 3:30 muszę się już zbierać. Także noc krótka dla mnie będzie.
Rano trochę przymulony jestem, ale szybko mi przechodzi i po 20 minutach jestem gotowy do wyjścia. Na lotnisku przepakowuje przesyłkę do torby podręcznej. W sam raz wszystko się zmieściło. Muszę tylko uważać, bo to delikatny towar. Idę do biuro Lufthansy, aby odebrać bilet. Podaję swój kod rezerwacji, a tu się okazuje, że firma nie zapłaciła za bilet. Mały zonk, bo nie mam 3200 złoty, aby zapłacić. Po chwili rozmów i potwierdzeniu przez szefostwo podałem dane firmowej karty kredytowej i wystawiono mi nowy bilet. Szybka odprawa i już czekam na wejście do samolotu. Nagle z głośników wywołują moje nazwisko i karzą się udać do jakiegoś biura informacji. Rozglądam się i nic takiego nie widzę, podchodzę więc do odprawy Lufthansy i się pytam, gdzie to jest. A tam miła pani mi mówi, że właśnie do niej miałem podejść, bo ma dla mnie ten pierwotny bilet, bo właśnie przyszło potwierdzenie transakcji. Zapytałem tylko czy nie będę miał problemów w Manchesterze, bo zmieniłem godzinę wylotu, ale zapewniła mnie, że tamten bilet anulowano i wracam tak, jak firma ustaliła… Za 10 minut wchodziłem już na pokład samolotu.
Lot szybko minął. Przesiadka we Frankfurcie i w zasadzie bez żadnego czekania już byłem na pokładzie kolejnego samolotu. Frankfurckie lotnisko jest już olbrzymie. Z tego co zauważyłem 3 osobne budynki terminalowe. Z tego co się orientuje jest to jedno z największych europejskich lotnisk. Po czym poznać, ze jest dobrze rozwinięte? Po tym, ze jeździ po nim kolejka :) Kolejny lot minął równie szybko jak ten pierwszy. Tym razem lądowanie tylko niepewne. Samolot uderzył trochę za mocno o płytę i stracił równowagę. Zaczęło go ściągać lekko w bok. Kilka osób krzyknęło ze strachu, ale pilot szybko wyrównał i wszystko było ok. Na lotnisku stał kurier z kartką z moimi imieniem i nazwiskiem. Wziął ode mnie przesyłkę i zawiózł mnie do hotelu, który okazało się, że w linii prostej jest ze 400 metrów od lotniska. Powiem tylko, że bardzo głupie uczucie siedzieć jako pasażer na miejscu kierowcy. Zawsze patrzyłem w przeciwna stronę i ogólnie niezbyt pewnie się czułem przez to. Pod hotelem wypakowałem zawartość bagażu na pakę auta kuriera, ja wszedłem do środka, a on pognał z przesyłką.
Wszedłem do środka. Jedna z recepcjonistek, Hinduska obsługiwała jakiegoś klienta, więc widząc, że się rozglądam zawołała, do 2, która coś tam robiła „Gosia, you have customer”. Podszedłem więc i zaczęliśmy procedurę zameldowania się. Na plakietce miała również wpisane imię Gosia, ja też się przedstawiłem po polsku, ale rozmawialiśmy po angielsku. Dopiero, gdy wpisywałem dane adresowe i zobaczyła „Poland”, zapytała: „Pan też z Polski?”. Jak później się okazało była bardzo pomocną osobą w zorganizowaniu sobie pobytu w Manchesterze. Poszedłem na górę do pokoju. Spore łóżko, duży telewizor, duża wanna i co mnie zaciekawiło czajnik oraz herbata, kawa oraz czekolada do zrobienia we własnym zakresie. Wreszcie mogłem iść do WC oraz troszkę odpocząć. Obejrzałem jakiś stary film komediowy. Całkiem zabawny. Niestety większość kanałów była w stylu BBC News. Wszystkie filmowe były płatne. Co mnie również zaciekawiło to tak rozbudowane usługi filmów erotycznych, ciekawe bo więcej jakichkolwiek opcji do wyboru niż normalnych filmów. Wszystko odpowiednio płatne. Także po lekkim naładowaniu baterii postanowiłem nie tracić więcej czasu i rozpocząć zwiedzanie.
Do centrum Manchesteru z lotniska musiałem jechać… pociągiem! Fajna sprawa, bo kursowały co pół godziny. Pogadałem z konduktorem, który pozwolił mi za darmo jechać oraz z sympatyczną starszą panią. Dowiedziałem się co nieco o tym co warto zobaczyć i gdzie warto zrobić zakupy. Na dworcu wysiadłem około 13. W stylu azjatyckiego turysty zwiedzałem robiąc wszystkiemu zdjęcia. Wszystko mnie ciekawiło, zadziwiało i podobało się. Połączenie starej architektury z bardzo industrialnym miastem, dużą ilością muzeów oraz kwitnącym biznesem. Po ulicach jeździły super auta, piętrowe autobusy, nowoczesne tramwaje, duża ilość rowerzystów i ogromna różnorodność kulturowa wśród mijanych ludzi. Sama pogoda była zaskakująca. Od opadów deszczu, porywistego wiatru do bardzo słonecznej pogody. Wszystkie bardzo często zmieniające się ze sobą. No i różne reakcje ludzi na taką pogodę. Jedni jak ja, byli poubierani w kurtki, pozapinani po samą szyję, a i tak maznęli, inni chodzili w deszczu w krótkich rękawkach i wcale nie wyglądali na zmarzniętych. Także minąłem sąd, doszedłem do picadalle gardens, przeszedłem obok wielkiego domu handlowego Arndale, za którym między kilkoma budynkami, na niewielkim obszarze stał całkiem wysoki nowoczesny diabelski młyn. Potem zwiedziłem katedrę, która wyglądała rodem jak z filmów z angielską królową, robiła wrażenie. Wróciłem do ogrodów, zjadłem very spicy with mega cheese hot doga odpoczywając na ławeczce przy fontannie, gdzie niedaleko kilku czarnoskórych grało na swoich bębnach. Doszedłem do punktu informacyjnego o mieście, ale nie znalazłem tam żądnych ciekawych informacji, tylko kilka ulotek o pobliskich muzeach. Widziałem pierwszych policjantów, którzy w tych zielonkawych odblaskowych kamizelkach są niezwykle widoczni. Obszedłem chyba ratusz, przed którym roztaczał się plac z kilkoma pomnikami. Zaraz obok była biblioteka. Niestety nie byłem w środku, aczkolwiek przeczytałem jej opis w jakimś informatorze. Opis i zdjęcia sprawiały, ze chciało się ją zobaczyć, ale jakoś się nie zdecydowałem i zwiedzałem dalej. Dotarłem do Manchester Central, gdzie w ciekawym pół okrągłym budynku mieścił się jakiś dworzec. Obok stał, szklany spadzisty apartamentowiec. Moim celem był najwyższy budynek w mieście, czyli hotel Hilton. Z tego co się dowiedziałem, można było wjechać do znajdującej się na samej górze restauracji i rozkoszować się panorama miasta. Niezła kolejka była do windy, która zawoziła na górę. Co ciekawe, ta winda stawała tylko 2 razy. Na dole i na 23 piętrze, a jechała około 20 sekund max. Na górze znajdował się ekskluzywny bar z poustawianymi stolikami przy dużych, wysokich oknach, przez które było doskonale widać całą panoramę miasta. Zrobiłem trochę zdjęć. Widać było stąd, że jest to mocno przemysłowe miasto. Po lekkiej zadumie wróciłem na dół by już wieczorną porą zacząć powoli wracać. Postanowiłem wstąpić jeszcze raz do Arndale. Pooglądałem sobie diabelski młyn nocą,po czym udałem się na zakupy. Market był na tyle duży,że w pewnym momencie nie byłem pewien, czy już byłem przy danym sklepie, czy jeszcze nie. I gdzie do cholery jest wyjście? Wybór ogromny, a ceny dość niskie, opłacało się porobić zakupy. Szczególnie jeśli chodzi o ubrania. Jak już znalazłem wyjście tona dworze lało. Zmokłem strasznie zanim dotarłem na dworzec, gdzie zjadłem bagietkę a'la Subway z gorącą czekoladą do popicia. To była moja oszczędna kolacja. Na pociąg czekałem może 10 minut, aby za kolejne 15 wysiadać już przy lotnisku. Jak już trafiłem do hotelu, to błogosławieństwem była długa gorąca kąpiel. Nie tylko mnie rozgrzała po chodzeniu w deszczu i zimnie,ale dała odprężenie moim niesamowicie zmęczonym stopom. Jak już się położyłem to zasnąłem w mgnieniu oka.
Rano wstałem wypoczęty, choć stopy dawały się we znaki. Toaleta poranna, szykowanie się do drogi i już o 8:30 schodziłem na śniadanie. Za drzwiami czekał na mnie świeżuteńki Times z dużą ilością dodatków. Śniadanie opłacone i choć angielskie, to było wystarczające. Zaraz po posiłku pojechałem pociągiem znów do centrum. Zaplanowałem sobie trasę, a jako pierwszy jej punkt obrałem sobie stadion Manchesteru Utd. Musiałem w centrum znaleźć odpowiedni autobus,który choć piętrowy nie wyglądał jak te z filmów. Na miejscu ciężko było się zorientować gdzie jest stadion,bo wygląda on z zewnątrz jak ogromny dom handlowy. Niestety miałem pecha i tego dnia stadion nie był dostępny tego dnia do zwiedzania, ponieważ wieczorem odbywał się mecz. Zapytani ochroniarze, czy mogą zrobić wyjątek, powiedzieli,żebym przyszedł jutro. Gdy powiedziałem, że jutro już będę w Polsce wzruszyli tylko ramionami. Przez jakąś otwartą bramę zobaczyłem trochę murawy. Wszedłem jeszcze do sklepu z artykułami zespołu i po mnogości wyboru różnego rodzaju pamiątek kupiłem misia w czapce i szaliku drużyny. Jakaś Japonka zrobiła mi zdjęcie na tle ogromnego zdjęcia całego zespołu,jeszcze jedno ktoś inny sprzed bramy głównej i już leciałem dalej zwiedzać miasto.
Do kolejnego punktu dotarłem spacerkiem na piechotę. Szedłem wzdłuż nabrzeża, gdzie z betonu zrobili sztuczny, mały port, który całkiem fajnie wyglądał. W końcu dotarłem do „Imperial War Museum”. Był to duży, ciekawego kształtu budynek,którego wystawy dotyczyły głównie wojska angielskiego w różnych epokach, ale głównie I i II wojny światowej. Dużo eksponatów typu czołgi, samoloty, karabiny, mundury oraz inne wyposażenie. Ciekawostką były interaktywne obiekty typu zgadnij w którym pojemniku był gaz musztardowy? Przykładając nos do puszek z otworami, z których wydobywały się różne zapachy. Bardzo ciekawe miejsce. Chciałoby się tam spędzić więcej czasu i dokładnie przejrzeć co tam było, a tak musiałem dość szybko zaspokoić swoją ciekawość i iść dalej. Ładnym mostem, jakich było wiele przeszedłem na drugą stronę tego kanału i wszedłem w jakiś kompleks handlowy. Kupiłem sobie różnego rodzaju ciastka, czekoladę do popicia i poszedłem dalej. Stopy już mnie mocno bolały,bo były to wbrew pozorom wszystko duże odległości do przejścia, a na dodatek większość czasu mżyło lub nawet padało .Z tego też względu ucieszyłem się, gdy dotarłem do przystanku tramwajowego. Przynajmniej teoretycznie. W praktyce było to metro naziemne. Podjechałem więc parę przystanków i poszedłem do dużego skupiska obiektów, gdzie wszystko było jakimś muzeum, nosiło to nazwę Museum of Science and Industry in Manchester. Począwszy od interaktywnych zagadek typu jak złożyć z kilku niepasujących do siebie trójkątów piramidę, przez jakieś złudzenia optyczne oraz inne prawa fizyki,które wydawać by się mogło, że są niemożliwe. Były tam np. okulary, które wyświetlały odwrotnie obraz. Wszystko co było domyślnie z prawej,było po lewej stronie. Były do tego namalowane ślady stóp w okręgi mając na sobie te okulary trzeba było zrobić okrąg. Przez to, że obraz było odwrócony nasz mózg ufał temu co widział,anie temu jak było naprawdę i naprawdę ciężko było to przezwyciężyć i żeby poprawnie postawić stopę musiałem mocno się skupić. Dalej była ewolucja przemysłowa XIX i XX wieku w przykładach najważniejszych dla ludzkości odkryć, tj. prąd, penicylina, samochód, taśma produkcyjna, przyrządy lekarskie itp. Kolejne piętro to były bardziej zaawansowane prawa fizyki na danym przykładzie i cała sala poświęcona temu odkryciu, do czego było, co dało i przedstawiało biografię osoby,która je odkryła. Niespecjalnie miałem czas, aby się w cokolwiek wczytywać, więc tylko przejrzałem co tam było. W innym budynku, było muzeum elektryki: agregaty,prądnice, żarówki, ewolucja sprzętów elektrycznych pokazana co 10 lat XX wieku, po elementy współczesnych elektrowni. Następny budynek był poświęcony pociągom i maszynom parowym, które też przeszły swoją ewolucję. Niektóre były włączone i można było zobaczyć jak pracują. Po drugiej stronie ulicy było muzeum lotnictwa, gdzie na terenie nie dużej hali stało kilkadziesiąt maszyn latających. Co było fajne, to również poustawiane manekiny, tworzące jakąś historię,przedstawione w adekwatnej pozycji, dzięki czemu było czuć pewną relację z danego momentu historii, czy tego konkretnego wydarzenia.
Po tych muzeach wybrałem się jeszcze ostatni raz szybciutko na zakupy do Arndale, gdzie kupiłem super tanio fajne buty i sukienkę dla Ani. Trochę to jednak mi zajęłoi zrobiło się już późno. Zacząłem się dość szybko wracac na dworzec, aby raz dwa dostac siedo hotelu pozostawioną w przechowalni torbę, no i iść już na samolot. Gdy dojechałem pociągiem na lotnisko, znalazłem znacznie szybszą, choć teoretycznie zamkniętą drogę do hotelu. Pozwoliła mi zaoszczędzić około20 minut na obchodzenie całego dworca tam i z powrotem. Podziękowałem na recepcji Polce za pomoc, wziąłem bagaż i ruszyłem na lotnisko. Byłem idealnie na czas. Nie za wcześnie i nie za późno.
Lot minął szybko. Pamiętam z niego tylko piękny widok Frankfurtu nocą. Las świateł robił cudowne wrażenie. Przesiadka nie trwała długo,bo tyle co wysiadłem z jednego samolotu, to za jakieś 20 minut wsiadałem już do drugiego. W Katowicach byłem 23:10. Wsiadłem do samochodu pozostawionego na parkingu i szybko chciałem dotrzeć do domu, gdzie gościli u mnie teście z Anią na pierwszej oficjalnej wizycie u nas.
Wycieczka bardzo udana. Miałem okazję zobaczy kawałek innego kraju. Bardzo mi się podobało. No może poza pogodą. Świetna komunikacja miejska, umiejętne połączenie starego i nowego budownictwa, darmowe muzea, różnorodność kulturowa, dobre ceny w sklepach. Naprawdę super. Warto odwiedzić, bo jest co oglądać.